EUROPA ZA MOIM PROGIEM

Europo! W egejskich labiryntach
twój kupiecki rozum gubi się nad listem z zaschniętą kroplą krwi.
Można z niej wyklonować nowych kochanków. Spoglądasz w lustro.
Poprawiasz jasne włosy. I podchodzisz do okna
gniotąc papier. Z przesyłki wysypuje się proszek do prania.
Coca-cola ścieka na podłogę z parasola. Zamiast śniegu
płatki owsiane którymi dokarmiasz gołębie.
Europo! Czy wciąż jesteś tą flamandzką dziewczyną
czytującą listy przy oknie?

Z szacunkiem uchylam przed tobą frygijską czapkę. Towarzyszko
religijnych rozterek i siostro pogromów. W zakamarkach komputera
przeczesujesz pamięć. Przeczuwasz że za twym oknem
są następne. Z widokiem na karaibskie atole
lub podmokłe ryżowiska. Z zabobonnym lękiem
wystawiasz na parapet ruską ikonę i zatrudniasz dziennikarzy
by wciąż obmyślali krzyżowe wyprawy
do mojego serca i rozumu.

Twoi politycy sprzedają idee i samochody. Filozofowie śpią
owinięci w ciepłe futra lub wczorajsze gazety.
Słyszę na schodach tupot drobnych stóp
i już wiem że czaisz się za drzwiami z nadstawioną garścią.
Europo! Teraz masz śniadą twarz rumuńskiej dziewczynki.
Bezczelnie szarpiesz mnie za rękaw żądając wciąż drobnych
objawów sympatii.

KIEDY ODCHODZI ZIMA

Umiera na ulicach i w ogrodzie. Kuli się w sobie
kaleczona pierwszym oddechem przebiśniega. Coraz słabsza
próbuje od nowa rysować zmierzch
na moich oknach. Ponadto wierzy święcie
że trwać tak będzie dłużej od mojego oddechu
i pełna zapału gasi żar papierosa.
Lecz widzę jak coraz częściej prosi ptaki o azyl.
Psy moczą jej ubrania
gdy w brudnych dżinsach żebrze o litość.
Z histerycznym wzrokiem głosi że już wkrótce
popełni samobójstwo. A wtedy
podczas wiosennych porządków będę mógł spalić
narty ciepłe rękawice i wszystkie wspomnienia
stanu wojennego. Później
ubiorę albańskie czołgi w kwiecistą sukienkę
i zbombarduję Wyspę Wielkanocną
pisankami. U twoich drzwi zrzucę wiązkę ostatnich sopli
żeby rozmowy zapisane łzami
zabrała powodziowa fala. Pod ciepły wiatr
nadstawię drugi policzek. Przywdzieję nową skórę
i pójdę nie depcząc młodych kolorów
w przeciwną stronę.

GIORGIO DE CHIRICO: ZAGADKA GODZINY

Trzask migawki. Uśmiech. Jeszcze jedno spojrzenie.
Suchy trzask. Ciemne wnętrze obiektywu
połyka ułamek sekundy. Wystawia kwit na zwykłą procedurę:
chemiczny proces i więzienie cyfrowego zapisu.
Ten okruch czasu który oko zbywa milczeniem
rozpoczął wędrówkę
w przeciwnym kierunku. Wciąż trzyma się pamięci
nawet gdy zima zakrada się do skroni. Na dworcowym zegarze
za sześć trzecia. Jest lato. Pociągi dawno odjechały.
Pióropusze oddechów zmieniły w elektryczne drgawki. Gdzieś daleko
świeci neon zdobiący bizantyjski dworzec – ozdoby zniknęły z projektu.
Może nawet nigdy ich nie było. Tylko szkic pięciu prawdomównych łuków
przygotowanych pod grafitti. Lecz nikt nie użył spraju
by zgwałcić kolorem nagą ścianę.
Zerwany z łańcucha świat
obszczekuje odrzutowce. Goni w kółko
za internetowym ogonem. Poza kadrem
kurz prowadzi rozmowę z rdzawym zapisemna szynach.
Wspomina świetlistą melancholię włoskiego popołudnia.

NASTĘPNY DZIEŃ...

Każdy z nas patrzy inaczej
rozkazuje innym widokom
inne przedmioty zniewalają wzrok
na przykład morze które było
we śnie
owija powieki w łagodne falowanie
gdy kolczaste rozgwiazdy obracają źrenice
przyklękamy
przed ołtarzami wiatru
podziwiamy drzewa które rosną
do wnętrza korzeni
potem idziemy
długo i wytrwale ku innym brzegom
niosąc
utoczone z żywicy kamienie.

SARMACKI PORTRET

Ta twarz w sam raz do trumny. Chorobliwie blada
w krepach i amarantach. Podkrążone oczy
i wzrok krótszy niż pacierz. Krzyż wielkopański
którym dostojnie żegna się i wita
z codziennością. Wszystko jest ideą w tym człowieku.
Bóg. Honor. Ojczyzna. Pochodzenie
z kilku najbliższych pól i murowanego kościoła. Chmury i przestrzeń
za które tyle razy dawał się zabić: „bo przed wolnością jedynie
należy chylić podgoloną głowę”.
Nawet z kalkulatorem nie potrafi chłodno kalkulować.
Choć groby przodków wykuwa w marmurze
i opisuje martwym językiem. Wciąż wiedzie
orientalne flirty z Europą. Kryguje się podkręcając wąsa
zamiast rzucić ją na zgnojoną glebę
i wziąć jak mężczyzna.

DZIEŃ W KTÓRYM RAMBO ZABIŁ 126 OSÓB

Tego dnia nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego.
Był jak każdy inny – w telewizorze
Rambo udzielał kredytów na życie. Dbał by rachunek zgadzał się
co do duszy. Jadłem krakersy. Wiedziałem kto jest dobry
a kto zły. Patrzyłem spokojnie
jak Rambo zabił 126 osób. W życiu tak się nie dzieje
że ludzie mrą jak muchy. Uporać się z życiem
nie jest łatwo. „Mucha znosi miliony jaj które giną
ale muchy istnieją” – dyktował sekretarce Adolf Hitler
i niemieckie mózgi zaczadziały od dezynsekcji.
Szkoda że nie było jeszcze telewizji.
Skończyły się krakersy. Wiązką podczerwieni
zastrzeliłem Rambo
i zasnąłem.

ŚMIERĆ PLAGIATORA

śmierć jest czymś więcej niż
martwe morze z falami nad głową
jest wybrzeżem z wielkim ogrodem
jest głodną śpiewającą strzałą
lub mieczem dzielącym niebo
śmierć jest zmysłowym szyderstwem
duszą drzewa w zielonym skoku
różą na ustach ogrodu
pozostawia chłodny pocałunek
śmierć jest czymś więcej niż
jest słowo
jest częścią miłości
jest początkiem na końcu ołówka
i w ciszy zmroku gaszoną
lampą