PUNK-POE-MAT

To tylko wyliczanka nocy:
skrzydło kruka
czarna skrzynka spawacza.
Lecą iskry w antyczne niebo.
Zanosi się na zmianę pogody
w greckiej mitologii.

Serca kalkulatorów zamilkły w mroku.
Serca kalkulatorów zamilkły w aorcie nieba.

Pulsy wzory wykresy krzywe Beziera
z opisaniem świata. Pod księżycem
na temblaku nocy
z połamaną legendą ciśniętą w ogień.
Płoną słowa. Iskry sypią się
w pułapki pamięci.

Serca kalkulatorów zamarły w mroku.
Serca kalkulatorów chłodne są jak marmur.

Nie wyliczysz świata ani snów
więc na nic tu uwierz
na nic twoje mitologie.

COLLAGE Z KONSTANTINA BIEBLA

Ty który
masz przymknięte powieki i potrafisz tylko
karmić ptaki błyskawicami. Który jesteś
białym dymem i jak śnieg marzeń sennych
opadasz w noc. Topi się świeca pochylona
nad bladym czeskim listem
nad skradającym się cieniem
drapaczy chmur na Manhattanie.
Ślęczysz nad anatomią aniołów –
czyż nie są ptakami?
Tak blisko nieba są miejsca
do których znoszą najpiękniejsze pióra.
Maczasz je w ciemnym atramencie nocy

i kreślisz sny nim zdążysz się obudzić.

WHO IS WILK?

Kim jest Wilk?
I z czego jest zbudowany?
Czy powstał z sierści legend i pieprzu?
Czy z dymu i żelaza?
Mieszka w nim wieczność lasu
samotność
i etruska zagadka
gdy karmi ludzi jak szczenięta –
bliźniacze odbicie wilczego głodu.
Gdy mieszka w litewskich lasach
słowo Wolność jak swoje imię
kreśli dużą literą.
Pytasz: Who is Wilk?
I don’t know. Maybe he is everyone.
He is everyday in my dream.

He is sometimes in your soul.

COLLAGE DO FLORENCJI

Ilu marzyło o poematach
rozcinając nożem bezchmurne niebo?
Triumfalne łuki wyrastały pośród winnic.
Po kolana we krwi. Dawny sen kondotiera
broczy z wieńcem laurowym
i autografem od Petrarki.
Pośród węży i jaszczurek
długopisy
z wyschniętymi językami
z drzemiącym w nich słowem
groźniejsze są
niż sztylet. Pomiędzy życiem
a śmiercią jest szczelina.
Daleka droga
na krańcu Florencja i łuki triumfalne.
Wszyscy chcieli ścigać słońce

ze snów. Nie próbuj się obudzić.

UMBRA SUMUS

Wąska droga prowadzi do nieznanego miasta.
Dwie kolumny dźwigają garb bramy. Chłodne palce Boga
witają z rozpiętym łukiem tęczy
i reklamą: Arbeit macht Frei z której osypuje się
ciężki snop światła. I zgaśnie jak historia Europy
pod gruzami zamachu. Dławi się zmierzchem
wśród starych komputerów
z majaczeniem pracoholików. W dyscyplinie piekła
z kilkunastogodzinnym dniem pracy
próbuje sztuki uwodzenia. Starożytnych tragedii
gdy stoję u wrót miasta
bez wiary w plakat coca coli nagłówki gazet
i pięść włączonego telewizora. Twoja historia
mnie nie zrani. W pomruku światła
w szeptach martwych liter
nie oddam łatwo wiary
w świat niewidzialny.
Poza obrazem i znaczeniem
próbuję go odczytać. Stojąc pod bramą
z zadartą głową gasnę jak pomnik
nim dotrę do pierwszej litery.

PUNK-POE-MAT 2

To tylko wieczorne miasto.
Pełzające ogniste węże
z reflektorami samochodów
wiją się w korytach ulic.
Wielokropki uciekają w ciemność

w mroczną strefę duszy.
gdzie dzień już umarł. Bezpowrotnie.
Ogłosiły to odpadki:

mocz mięso monolit morfologia
muskuły metr mózg megabajty
monitoring mąciwoda
mankamenty manichejskie
monologi neonów i bezpańskie psy

próbują zakrzyczeć gwiazdy.
Wielokropki świateł
w ciemnych schematach miasta
zamykają oczy i mrok z twojej duszy
wycieka powoli

a potem
poważnie milczy.

TAKSÓWKA W AGRIGENTO

Próbuję zamówić taksówkę.
Nazwy ulic i czas –
są tu bez znaczenia. Tysiąclecia
tężeją w słoneczną kolumnadę
gdy wśród ruin świątyni
Ezra Pound podnosi siwą głowę.
Patrzy długo ponad ruiny
i zadaje pytanie –
Jacy są bogowie tego obrządku?
Apollo i w pewnym sensie
Helios – odpowiadam.
Nad świątynią chmura
przynosi wczesną jesień.
Brzęczą dzwonki owiec.
Z szarym powietrzem zbliża się zmierzch
by połknąć nasze cienie
taksówkę i drogę. Odrobinę obok
ślady dawnych armii i pasterzy.
Prawdopodobnie
nie było tam nas nigdy.

CIEŃ W SYRAKUZACH

Smolisty jak sadza w kominie słowa
jak szepty morza w bezgwiezdną noc
jak zgubiona strona książki
po której został święty dym.

WILEŃSKI MOMENT

Korniki drążą sen
w zatrzaśniętym oku
wileńskiej okiennicy.
Wiatr tka pajęczynę
na osypujące się gwiazdy –
próchno i wieczność
w pułapce żywicy.

COLLAGE DLA OKNA

Maluję szeptem śmierć
która pada na mnie cieniem.
Zegary tykają z obojętnością –
być może to tylko sen
który świat ogląda przez chwilę.
Napięty łuk tęczy
szeroko się uśmiecha –
strzała
wpada przez okno
zza którym tonę w cieniu
gdy światło przenikliwie milczy.

POSŁOWIE BIZANTYJSCY W RAVENNIE

Słowa mają złote. Oczy chłodne jak kamień.
Krew barwi ich płaszcze i spływa na posadzkę.
Antyczny świat ściskają butem.
Marmurowi bogowie legli w gruzach.

Złote mają gesty. Granitowe rozkazy.
Stoją za nimi armie niepoliczalne
i księżyce mądrości. Zdrada i trucizna
czają się w każdym cieniu.

Złote kolumny podtrzymują
baldachim nieba – gdy na wzgórzu
samotni
oglądają mozaiki barbarzyńskich ludów.

PASTERZ MATEMATYKI

Patrzę na życie jakby było ekranem –
pojawia się na nim chłodna gra cieni
stada ptaków rozkrzyczane litery.
To miejsca spotkań przypadkowych –
złote korony świecą obok martwych ryb
a chwała Bizancjum zasiada w ferrari
i mknie przed siebie
choć koniec nie nadchodzi.
Właściwie brakuje mi cierpliwości
by wytrwać do końca –
gdy ekran gaśnie i zostaje
nieprzerwana gra ciemności
której nic nie przeszkodzi.

IDEOLOGIE W PAŁACU

Ideologie które miały
podpalić świat
śpią martwe w kamieniu.
Bizantyjskie palce
podtrzymują szarą budowlę
zamiast krwawego nieba.
To prawda że kamienne kolumny
przetrwają szaleństwo i cierpienie.
Potem ćwiczą się w sztuce chłodu
i zapominania.
Barbarzyńcy tacy jak ja
zagubieni
w wielkim mieście
szukają ich z nadzieją
pośród martwych liści
w kamiennych labiryntach.

POMIĘDZY

Już tętno ciche w rzece
która przez ogród płynie –
wśród gałęzi z iskier
i ognistych kwiatów.
Kolce róży
lustro wody szarpią –
zmącony pióropusz krwi.
Pęknięty obłok czarny
pod nim cień rozciągnięty
między światłem
a popiołem.
W ustach rzeki pytania –
łodzie ratunkowe
pomiędzy ognistym ogrodem
a zranionym odbiciem.

ZIMA W SUWAŁKACH

Zapaść się w niebo. Ulecieć w śnieg.
Przesłonić firankę krajobrazu
gdy siarczyste słońce wchodzi w oczy
a biały całun zaległ na polach.
W tej przestrzeni
nie wymyślono pojęcia
ognistego piekła.
Tutaj byle myśl o zapałkach
rozgrzewa. Władcy piorunów
mieszkają w lasach. Wystarczy
trochę wody ognistej
by zakwitły ogrody. Ciepły oddech
na szybie wyznaczy granice
pośród cichej bieli po horyzont.
W tym krajobrazie
istnieje pewna odwrotność
szlachetny wyjątek –
piekło jest białe
wsłuchane w kosmos
kolory w nim nie istnieją.

WSZYSTKO BYŁO PRAWDĄ

Deszcz który uderzał w okiennice
i liszaje zacieków na szybie.
Rodziły się nowe kontynenty
nie dotknięte nazwą ziemie
i bezimienne jeziora. Rzeki płynęły
ku nieznanym morzom
pełne zwierząt ze snów i słów wulkanów.
Przelewało się w nas gorące tętno ziemi.
Czas który nie nadszedł był jak skała
rozsadzana korzeniami nowych drzew.
Byliśmy tam.
Próbowaliśmy wszystko nazwać zmierzyć
i zapamiętać. Ale piękno uciekało spłoszone.
Pozostawał tylko krzyk
powracający echem
jak odbicie
które ścigaliśmy na szkle
i to drugie zamglone
lekko przesunięte
na szybie w głębi.

NOCNY COLLAGE

Pod sklepieniem nocnego nieba
gwiazdy patrzą wyzywająco
i obejmują delikatnym światłem
miasto i jego duszę. Na trawnikach
śpią cienie wilków. Lśniące kły
czarne skrzydło. Próbowałem pochwycić
drapieżną naturę miasta.
Reklamy pulsowały nad moją głową
gdy stałem na krawędzi ulicy. Gdzieś w górze
były gwiazdy – ich blask antyczny
wzbierał we mnie. Budziła się
dzika natura miasta. Ostatnia
stacja olśnienia.

COLLAGE ZE ŚWIATŁA

Nad ranem z podwórza
światło lampy
przykłada twarz do firanki.
Wzorzyste plastry ciemności
układają się na ścianie.
Oddychasz miarowo
na krawędzi światła i cienia
gdy wszystko powraca nagle
z pierwszym brzaskiem.
Lekki wiatr porusza
osypujące się kwiaty na drzewie.
Topnieje światło w oku lampy
i ćma zaplątana w sieć firanki.